Techdive
TechdiveMapa WitrynyKontakt
Newsletter
Jaskiniowcy Techdive! Francja 2007 wrzesień - szkolenie nurkowania jaskiniowego Drukuj Email
Wpisany przez Andrzej Gołka   
Sobota, 06 Czerwiec 2009 21:11

http://www.techdive.pl/No i znowu dałem się namówić. Wystarczyło, że odwiedziłem Roberta Klaina, który opowiedział mi o swoich nurkowaniach w jaskiniach i wszystkich tych "mokrych dziurkach", do których jedynie nieliczni mają dostęp.

 

 

 

 

 

http://www.techdive.pl/
Czasem było wąsko

http://www.techdive.pl/

http://www.techdive.pl/
Takie widoki w rejonie Lot to normalka

http://www.techdive.pl/
Nasze pierwsza kwatera była na tyłach tego zamecza

http://www.techdive.pl/
Nasza druga, wypasiona kwaterka

http://www.techdive.pl/
Rafał i Golas

http://www.techdive.pl/
Wciskając żwir na manszetę :)

http://www.techdive.pl/
Szybowanie w podziemnym kosmosie

http://www.techdive.pl/
Zasłaniając własne światło
sprawdzasz czy partner czuwa
nad Tobą, czy ma Cię gdzieś...

http://www.techdive.pl/
W końcu zobaczyliśmy to wejście

http://www.techdive.pl/
"Prawie" jak DiRowiec :)

http://www.techdive.pl/
We wrześniu opuszczaliśmy tu sprzęt na linach, a teraz chciało nam wyssać Dybika

http://www.techdive.pl/
Dobrą metodą jest płyanie obok i krzyżowanie świateł

http://www.techdive.pl/

Relację spisał Golass - Andrzej Gołka

Fotki - Rafał Kamecki i Piotr "Dybik"

Po obejrzeniu filmu od Andrieya Chestyakova z jaskini Ordinskey chciałem tam jechać i zobaczyć to na własne oczy. Ale Robert przekonał mnie, żeby najpierw potrenować w jaskiniach we Francji realizując kurs Cave Divera i dopiero wtedy pchać się w "nieznane".
Pomyślałem o tych wszystkich, którzy zginęli bez treningu i uprawnień w jaskiniach. Mimo, że uważam się za kozaka, stwierdziłem, że zdobycie nowych umiejętności i praktyki jednak jest dobrym pomysłem.
I co? I super, że tak zdecydowałem! Okazało się, że nurkowanie jaskiniowe to coś zupełnie innego niż nurkowanie techniczne. Myślałem, że z moimi uprawnieniami wciągnę wszystkich jedną dziurką od nosa. Okazało się jednak, że znów się czegoś nauczyłem. Co prawda, skilsy były bardzo podobne do tych z kursów technicznych, ale teraz to wszystko robiliśmy na ślepo i w prawdziwych jaskiniach, gdzie droga wyjścia może być czasem bardzo daleko.
Przed wyjazdem Robert naciskał, żebym potwierdził mój wyjazd, bo miał 3 kursantów i jeśli jeden by "nawalił", to koszty zwiększyłyby się o 30%. Sam jestem instruktorem i wiem co to za ból, jak kursanci się wykruszają. Więc postanowione: Jadę na podbój jaskiń we Francji!
W pracy miałem potwierdzony urlop na koniec września. Szef mnie w pewnym sensie zrozumiał. Sam nurkuje, choć nim zobaczył przywiezione przeze mnie fotki z jaskiń, dziwił się, że jestem gotów zapłacić setki euro za nurkowanie w "czarnej dziurze".
Wrzesień przyszedł nadzwyczaj szybko. I w dniu przed wyjazdem pakowałem się i dzwoniłem po wszystkich przyjaciół, którzy mogli mi pożyczyć brakujący sprzęt. Okazało się, że to dość spora grupka dobrych ludzi, którym serdecznie dziękuję: Chochorowi, Kryńkowi, Drzewasowi, Cegle, Czarkowi Abramowskiemu i Mielonemu.
Nadszedł dzień wylotu i wszystkie rzeczy zabrałem ze sobą do pracy. Chciałem wyjechać na lotnisko wcześniej, ale dopadł mnie jakiś obłęd "zawodowy". Wszyscy coś ode mnie chcieli i właśnie na tę ostatnią chwilę. W rezultacie, wyjechałem na lotnisko spóźniony. Na dodatek korki w Kijowie są nieprzewidywalne. Cudem udało mi się dojechać na lotnisko. Wpadam na terminal, gdy ogłaszali, że do W-wy boarding już zakończony. Ale odstawiłem Rejtana przed paniami z bookingu i zlitowały się nade mną. Więc dotarłem do kraju!
Do Francji miałem dostać się z Rafałem (kolega z kursu) nowym Fiatem Scudo pożyczonym od trzeciego Kursanta, który na miejsce dotarł drogą powietrzną. Odebrałem auto i zacząłem jeździć po znajomych z Chochorkiem, żeby skompletować sprzęt - tak, żeby się ze mnie Ci Dirowcy nie śmiali. Zawsze twierdziłem, że człowiek, który umie nurkować, będzie umiał to robić nawet oddychając z dętki. Dobra, wszystko zabrane, sprawdzone, możemy ruszać!
Postanowiliśmy wyjechać w piątek jak najwcześniej - głównym priorytetem było opuszczenie stolicy przed exodusowymi weekendowymi wyjazdami "Warszawiaków" na wieś. Polska - żurek po drodze, Niemcy - super autostrady, Francja - płatne autostrady... W Bordeaux troszkę się zabłądziliśmy, jadąc odebrać Dybika z lotniska. Cel podróży osiągnęliśmy o 21.30 w sobotę.
Francja jest miejscem, które nie ma odpowiednika w skali świata. Tam jest po prostu przepięknie. Jechaliśmy przez wioseczki, w których najmłodsze domy zbudowane z kamieni miały 200 lat. Wszystko zadbane, i malownicze. Po prostu centrum najlepszego na świecie wina i natchnienia. Sam miałbym ochotę wziąć paletę, pędzle i uwiecznić to, co widzę przed sobą. Doliny, miasteczka przyklejone na krawędziach skał. Bajkowa przyroda. Figi rosnące przy drodze.
Na przywitanie winko, sery i inne francuskie przysmaki skosztowaliśmy już w towarzystwie Roberta i Izy. Byliśmy zmęczeni drogą więc po kolacji grzecznie wskoczyliśmy do łóżeczek. Domek wynajmowany przez Roberta zbudowany był w malowniczym ogrodzie z basenem i z niezapomnianymi widokami. I to wszystko za jedyne 20 euro od osoby. Warunki luksusowe. W niedzielę był pierwszy dzień naszego kursu, więc dostaliśmy fory - mogliśmy pospać do 9.00. Później pobudka, śniadanie, teoria i wyjazd na dwa nureczki do Ressel.
W nurkowaniu jaskiniowym pierwszy podręcznik miał 18 stron i po dziś niewiele się zmieniło, więc nie spędzaliśmy wiele czasu na wykładach. Tam, pod ziemią, daleko od wlotu jaskini, trzyma cię przy życiu twarda psychika, przygotowanie techniczne i partnerzy. Nie liczy się, ile przeczytałeś książek, ile testów na piątkę udało ci się zaliczyć, tylko to, jak potrafisz się kontrolować. Zasada, którą dobrzy instruktorzy wpajają na kursach OWD - zatrzymaj się, pomyśl i działaj, tu nabiera zupełnie innego znaczenia. Ta zasada w jaskini jest mantrą, która gwarantuje przeżycie.
Wszyscy kursanci, i ja także, zanim tu przyjechaliśmy, nurkowaliśmy z Robertem w Polsce. Był to test praktyczny, dopuszczający do kursu. Ten test, to w skrócie skillsy z kursów technicznych, więc po szkoleniu u Chochora nie miałem większych kłopotów z zakwalifikowaniem się. Czymś nowym była nauka poręczowania jaskiniowego. Wszyscy mieliśmy po dwa twinsety, jaskiniowe kołowrotki, konfigurację bez zbędnych "dyndadeł", palniki hid z uchwytem Goodmana, i po dwa światła na backup. Konfiguracja prosta, ale sprawdzona przez pokolenia nurków jaskiniowych.
W końcu pojechaliśmy do pierwszej dla nas PRAWDZIWEJ jaskini - Ressel. Oglądaliśmy ją na filmach Roberta i w końcu mieliśmy ją ujrzeć na własne oczy!
Zatrzymaliśmy się przy drodze. Oprócz nas, byli tam też Czescy nurkowie. Poszliśmy obejrzeć wejście. Z drogi schodziła do leniwie płynącej rzeczki, stroma, wąska, ścieżka między zaroślami. Hmmmm... nic specjalnego. Jakiś ściek. Kolor wody - kawa z mlekiem. Około 20m na lewo powinno być drzewo, od którego odchodzi opustówka do jaskini i tam już powinna być ładna woda. OK, zobaczymy.
Przygotowanie sprzętu, troszkę nerwowe, no bo, to jak pierwszy seks! Przed wyjazdem kupiłem sobie nowiutkie suche rękawice. Po wejściu do wody okazało się, że moja prawa rączka jest coraz bardziej mokra niż sucha. Przeprosiłem chłopaków, ale musiałem zrzucić sprzęt i przeprosić się ze swoimi starymi suchymi rękawicami. Obciach, ale co zrobić, jak miałem wielką dziurę pomiędzy palcami, która powstała, gdzieś w chińskiej fabryce przy odlewaniu tej rękawicy. Naprawdę, głupio mi było patrzeć w oczy chłopaków, którzy musieli na mnie czekać, jak na jakiegoś nieokrzesanego owudziaka.
Ok. Wskoczyłem w sprzęt i popłynęliśmy do miejsca zanurzenia. Było drzewko i opustówka. Buble check, i w dół. Po paru metrach wymacałem i zobaczyłem sporą szczelinę skalną. To było wejście do jaskini. Przejrzystość zaczęła się poprawiać. Wpłynęliśmy do jaskini. Przejrzystość wody stawała się idealna. Przywitał nas szeroki i przestronny korytarz. Daliśmy sobie okejki. Poprawiliśmy sprzęcik, zawory. Z lewej strony poręczówka zapraszała nas w głąb podziemnego tunelu wypełnionego krystalicznie czystą wodą. Robert uważnie nas obserwował. Ale wszyscy czuliśmy się świetnie w środku. Płynęliśmy nad blokami skalnymi w korytarzach, które wyglądały bajkowo i nierealnie w niebieskawo - zielonym świetle naszych hidów. Wrażenie trudno opisać i nazwać. To tak jakbyśmy zwiedzali inną planetę, gdzie człowiek nie ma prawa istnieć, żadnych śladów życia organizmów roślinnych i zwierzęcych. A jednak my tam byliśmy i się cieszyliśmy z tego.
W jedną stronę (na początek 150m od wejścia) mogliśmy sobie podziwiać i oglądać imponujące bloki skalne. Później zaczęły się ćwiczenia. Zakryta maska, dzielenie się powietrzem, wychodzenia na ślepo z partnerem po poręczówce i takie inne katowania kursantów. Jakoś udało nam się przez to przebrnąć.
Każde nurkowanie to było minimum 60 min pod wodą. Profile, hmmm... w jaskiniach profile nie są najzdrowsze. To jaskinia dyktuje profil. Zabezpieczaliśmy się tlenem i nitroksem. Uczyliśmy się jak planować bezpieczne nurkowania i gospodarowanie gazami. Zostawialiśmy tlen na wejściu, gdzieś, tam po drodze stage, oddalając się od wejścia po 600m. W jednej z jaskiń jak zdałem sobie sprawę z tego, żeby wrócić to trzeba 30 min ostro z płetwy wydrzeć, to troszkę mi się zrobiło dziwnie. Ale dodało mi otuchy zerknięcie na partnerów, którzy podczas całego kursu nie zawiedli. A Robert cały czas robił psikusy, to koniec powietrza, to ucieczka powietrza, to zgubiony partner.
Jedynie przez chwilę poczułem lekki stresik. Byłem sam w zacisku na wejściu do jaskini. Wejściem do niej było zanurkowanie w czymś co przypominało kałużę z brudną wodą i przeciśnięcie się przez dwie szpary skalne, które można by porównać do przeciskania się głową w dół pod stolikiem kawowym przy zerowej widoczności wody. Na chwilę utknąłem i nie mogłem się ruszyć ani w jedną, ani w drugą stronę. Przypomniała mi się zasada - zatrzymaj się, pomyśl, działaj i dopóki masz, czym oddychać, to żyjesz. Zrobiłem głęboki wydech, rozluźniłem wszystkie mięśnie i szczelinka mnie jakby sama wypluła. Okazało się to bułką z masłem. Wracając przeciskałem się przez tą samą szczelinę z Dybikiem podając mu powietrze na swoim długim wężu i poszło nam to bardzo sprawnie.
W ostatni dzień nurkowy pojechaliśmy ponad 300 km od naszego domku do jaskini Fontanie Estra Mare. Jaskinia jest u podnóża góry około 300 metrów od brzegu Morza Śródziemnego. Tam od razu czuło się cieplutki południowy klimat. I wejście nie było tak błotne i brzydkie jak poprzednie. Pomiędzy górą a autostradą było coś w stylu stawu z wybetonowanymi odprowadzeniami wody z gór, które przechodziły pod autostradą i kierowały spływającą wodę do morza.
Woda w stawiku była krystalicznie czysta i cieplutka (17oC) przez którą było widać ciemną otchłań jaskini. To już była jaskinia o wyższym poziomie trudności ze względu na boczne rozgałęziające się korytarze, które były bądź ślepe, bądź prowadziły gdzieś w głąb. Po zanurzeniu na około 10 metrach głębokości zostawiliśmy tlen i zanurzyliśmy się w jednym z dwóch korytarzy. Ten którym płynęliśmy schodził ostro w dół. Skały były ciemne, ostre i postrzępione, pokryte ostrymi kryształkami. Jaskinia wyglądała ponuro. Nasze światła nie odbijały się jak w jasnych ścianach poprzednich jaskiń. Korytarz prowadził nas ostrymi zakosami na głębokościach około 30 metrów. Poręczówka była zrobiona z drutu w białej izolacji. Była dobrze widoczna, ale słabo oznaczona markerami kierunkowymi. Jakoś chyba po 30 min dopłynęliśmy do ogromnej komnaty, gdzie poręczówka rozchodziła się na cztery strony. Dwa kierunki prowadziły do wyjścia i tu były bardzo wyraźnie oznaczone. Opisane i zadrutowane strzałeczki z nazwami galerii. W/g planu chcieliśmy popłynąć w głąb, po osiągnięciu tego miejsca, ale troszkę za dużo czasu nam zabrało dopłynięcie do skrzyżowania i skierowaliśmy się do drugiej galerii w stronę wyjścia. Okazało się, że spokojnie mogliśmy sobie jeszcze pozwiedzać bo powrót tą drugą galerią był bardzo szybki i po chwili zobaczyliśmy nasze tleniaczki. Całe nurkowanie zajęło nam ponad 60 min. Wyszliśmy z bardzo dużym zapasem gazów. Chłopcy zdecydowali, że nie będą wychodzić z wody. Jedynie odpoczną i jeszcze dają jednego nurka. Ja z żalem wyszedłem na brzeg, bo zapalenie ucha zewnętrznego nie dawało mi spokoju.
Tydzień minął niezauważenie. Trzeba było wracać. Jechaliśmy do rodzin, domów, firm, w których pracowaliśmy, bogatsi o nowe doświadczenia, jako Technicals Cave Divers.
Znów odnalazłem w nurkowaniu coś niezapomnianego coś, co cieszy mnie, że żyję i mogę odkrywać nowe emocje i wrażenia, poznawać nowych ludzi i miejsca. Pomyślałem, że nie żałuję ani złotówki (ani euro :) na szkolenia, wyjazdy i sprzęt, a nie na jakieś ulotne, materialne iluzje szczęśliwości. To, co odczułem w jaskiniach śni mi się teraz po nocach i nęci do planowania kolejnych wyjazdów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Nasze foto

okiem_cegly_24_20090624_1824636526.jpg

ekologia

news

Kursy

1Marcin Chochorowski - Chochor
Kursy nurkowania technicznego:

 

Chochor wyszkoli Cię na podstawie własnej wiedzy, doświadczeń w oparciu o standardy TDI. Chochor jest jednym z najgłębiej nurkujących Polaków, więc wie co robi.
Zapisy i info:
chochor@techdive.pl lub telefoniczne +48503353348 .
Kursy trimixowe są organizowane - w trybie indywidualnym.

Wywiad z Chochorem w Radio PIN

- Blog Chochora -  Życie instruktora

- Blog Golasa - Życie w Ukrainie

Wyjazdy

Rozpoczęliśmy współpracę z CN Nautica w Wawie, gdzie Chochor jest odpowiedzaolny za część związaną z nurkowaniem technicznym.

toplogo

Reklama

Nasz kalendarz

<<  Luty 2009  >>
 Pn  Wt  Śr  Cz  Pt  So  N 
        1
  2  3  4  5  6  7  8
  9101112131415
16171819202122
232425262728 

Wyszukiwarka

Logowanie



We have 19 guests and 0 members online
No users online.
All rights reserved © Copyright www.techdive.pl
Wszelkie prawa do publikowania, prezentowania, innego wykorzystywania materiałów i zdjęć zastrzeżone. W sprawie wykorzystania informacji i zdjęć wymagany jest kontakt - info@techdive.pl
For questions about this website or photos, please email info@techdive.pl