| Spontan cave diving 2008 - nurkowania jaskiniowe we Francji |
|
|
| Wpisany przez Andrzej Gołka |
| Niedziela, 31 Maj 2009 08:12 |
|
Nuraliśmy w twinach 2x18 litrów - ogromne bomby! Na początku nie wydawały się tak ciężkie. Po napełnieniu powietrzem, przykręceniu płyty i automatów, poczuliśmy ich prawdziwy ciężar. Zawsze są przecież jakieś dobre strony. W tych zestawach nie potrzebowaliśmy balastu. Troszkę czasu już upłynęło, kiedy ostatnio byliśmy w Ressel i nie odrazu znaleźliśmy to miejsce. W końcu się udało i odrazu zaczęliśmy skręcać sprzęt. Ubraliśmy się i poczłapaliśmy do wody. Tego dnia było piekielnie gorąco. 37 stopni w cieniu. Z ulgą weszliśmy do rzeki. Podpłynęliśmy kilkanaście metrów w słabym prądzie. Jest poręczówka. Bubble check i zanurzenie. Woda w rzece miała kolor i konsystencję żurka. Z każdym metrem, płynąc wzdłóż poręczówki woda stawała się chłodniejsza i czystsza. Jest wejście. Przybicie piątek i wchodzimy. Najpierw ja, później Rafał. W środku przejrzystość średnia. Woda jakby z dotatkiem mleka. Ale nie ma tragedii. Oceniam, że było 5-6 metrów. Już w środku czekam na Rafała. Znów przybijamy piąteczki, kontrolne sięgnięcie do zaworów i w drogę. Przed nami przepiękny, szeroki pasaż. Płyniemy obok siebie, spokojnie i bez pośpiechu. W końcu to ma być relaks. No i tyle wiatru na plecach. Dopływamy do rozwidlenia korytarza. Wybraliśmy drogę na wprost, głębszym korytarzem. Powrót zaplanowaliśmy płytszą stroną. Powoli robi się coraz głębiej. Dopływamy do ogromnej komnaty. Na jej dnie, na około 46 metrach poręczówka chowa się w niedużym, korytarzyku. To miejsce jest dla nas wyznaczonym wcześniej punktem zwrotnym. Tu, gdzie my zawracamy, starzy wyjadacze jaskini Ressel cieszą się, że już są prawie w domu. Ten wąski korytarzyk, ciągnie się tysiące metrów w głąb. W drodze powrotnej, w pewnym momencie, przy charakterystycznym zakręcie poczułem jakbym trochę niewyraźnie widział. To pewnie reakcja na przebywanie w ciemnej i troszkę mętnawej wodzie - pomyślałem. Byliśmy tam przecież już około 50 min. Rafał po chwili coś mi sygnalizuje. Coś pokazuje na głowę i pyta się czy ok. Nie wiem, za bardzo jak to interpretować. Może zauważył coś dziwnego w moim zachowaniu? Odpowiadam, że wszystko ok i pod kontrolą. Trzeba być czujnym. Jeszcze przecież około 200 metrów przed nami. Spokojniutko dopływamy do wyjścia. Ja coraz bardziej sciśnięty przez skafander. Po zużyciu prawie połowy powietrza w zestawie, czuję, że przydało by mi się dodatkowo ze dwa kilo ołowiu. Ale pomagam sobie zgrabnym kamyczkiem (wiem, że to trochę niebezpieczne i nie róbcie tak!) znów mogę poczuć się trochę swobodniej w swoim suchaczu. Po wynurzeniu zaczęliśmy z Rafałem omawiać naszego nurka. Okazało się, że w tym samym miejscu, gdzie ja miałem problem ze wzrokiem, Rafał miał probrem z uszami. Miał wrażenie jakby całkowicie zatkały mu się uszy. Ale nie tak jak w czasie przedmuchu, tylko tak jak jakby ścisnął sobie uszy dłońmi. No cóż, stwierdziliśmy, że przywitały nas duszki jaskini. Następnego dnia nurkowaliśmy w Langenouse. Poziom wody był o wiele niższy niż w maju, więc sprzęt trzeba było opuszczać na linach. Równocześnie, do nurkowania przygotowywała się grupka francuzów. Mieli trochę szpeju. Skutery, jakieś rebreathery, stage opuszczali na bloczkach. Korzystając z ich uprzejmości również opuściliśmy nasz sprzęt na ich linach. Weszliśmy do wody jeszcze przed nimi. Przejrzystość znowu nie powalała na kolana, ale nie było tragedii. Płynęliśmy podziwiając piękno tej jaskini. Gdzieś w okolicach 450 metra wyprzedziło nas dwóch Francuzów na skuterach. Tak obijali sufit zestawami, że nie dziwię się, że montują koszyczki na zawory. Po około 10 minutach znów się spotkaliśmy, gdy oni już wracali. Po 15 minutach my też zawróciliśmy. Przejrzystość wody w drodze powrotnej troszkę się pogorszyła. Na zakrętach było widać, że chłopaki na skuterach troszkę zmącili wodę. Około 30 metrów przez wyjściem widoczność nagle spadła do 30 cm. Francuzi prowdopodobnie zaciągneli skuterami trochę piachu z dna, a to dziala na przejrzystość fatalnie. W kontakcie z poręczówką i ze sobą płynęliśmy w stronę wyjścia. Kilka razy w coś przydzwoniliśmy, o coś zawadziliśmy. Powolutku zaczęło się rozjaśniać i dotarliśmy do wyjścia. W wyjściu widoczność była troche lepsza - na metr! Na deko przykleiliśmy się do sufitu pod półeczką przy dziurze na głębokości 5,5 metra. Ze współczuciem obserwowaliśmy kolejną parę francuzów szykujących się do wejścia. Na tym nurkowaniu przekonaliśmy się na własnej skórze, co oznacza nagła utrata przejrzystości wody i jak ważne jest wiedzieć, gdzie jest poręczówka. Kolejnego dnia zdecydowaliśmy się zanurkować w True Madame - zupełnie nowej, nieznanej nam jaskini. Bez większych problemów znaleźliśmy miejsce wg opisu położenia jaskini z przewodnika nurkowych jaskiń. Po dotarciu do miejsca, skąd się wchodzi do wody, troszkę zrzędły nam miny. Wejście do wody poprzedzało trzydziesto metrowe przejście w suchej części jaskini. Sufit był na wysokości średnio 150-160 cm i tylko w jednym miejscu można było się wyprostować. Droga do suchej jaskini też nie była łatwa. Część drogi po stoku, część po głazowisku. Wtaszczenie sprzętu, zajęło nam chyba ze dwie godziny. Było naprawdę cieżko. Ale warto było. Przywitała nas znakomita przejrzystość wody. Żałowaliśmy, że nie zabraliśmy aparatu fotograficznego. Takiej różnorodności i rzeźby ścian i sufitu nie widzieliśmy nigdy. Świeciliśmy na pęcherze powietrza pod sufitem. Odbite światło rozświetlało pod różnymi kątami całą szerokość korytarza jaskini. Mieliśmy wrażenie, że to zagląda do nas słoneczko. Ale niestety do słoneczka było dość daleko. Ja znów, pierwszy zmarzłem i dałem znak powrotu. Po wyjściu czekał nas równie mozolny transport sprzętu do samochodu. Po powrocie na kemping, moje kolana przekonały mnie, że alpinistą, to już chyba nie zostanę nigdy. Kolejnego dnia pojechaliśmy do jaskini St. George. Tu też nie byliśmy nigdy wcześniej. To miejsce słynie ze słabej przejrzystości prawie zawsze. Zazwyczaj jest kiepsko, albo bardzo kiepsko. Wierzyliśmy, że będzie coś widać. Wejście do jaskini znajdowało się w stawiku, ze stojącą wodą i powierzchnią zarośniętą rzęsą. Znaliśmy jedynie profil tej jaskini. Ostro w dół do 30 metrów, później łagodnie do 20m. Zaczęliśmy zanurzenie. Nie było najgorzej. Około 4 metrów widoczności. Przepłynęliśmy przegłębienie i na 20 metrze zaczęło się wypłaczszać. Ale im dalej w głąb, tym gorzej było z widocznością. Nasze bąble wyprzedzały nas po gliniastym stoku sufitu i widoczność pogarszała się. W końcu nic poza poręczówką nie było widać. Zdecydowaliśmy żeby zawrócić. Z dużym zapasem powietrza, kręciliśmy się przy wyjściu jeszcze kilkanaście minut. Nie chciało nam się wychodzić. Po tym nurkowanku czekał nas powrót na camping, a później do domów. Już na lotnisku, Rafał miał jeszcze niemiłe przygody z obsługą tanich linii. Nie chcieli go wpuścic na pokład samolotu z automatami i latarką. Musiał oddać to na bagaż. Kazali mu również dopłacić 270 euro za nadbagaż. To więcej niż kosztował bilet. Więc ostrzegamy innych przed "tanimi" liniami. Nie zawsze to wychodzi tanio. Cieszę się, że udało nam sie wyrwać nawet na kilka dni. Zdobyliśmy nowe doświadczenia i niezapomniane wspomnienia. Relacjonował, Andrzej Gołka - fotografował, Rafał Kamecki |

Marcin Chochorowski - Chochor
Kursy nurkowania technicznego:
Chochor wyszkoli Cię na podstawie własnej wiedzy, doświadczeń w oparciu o standardy TDI. Chochor jest jednym z najgłębiej nurkujących Polaków, więc wie co robi.
Zapisy i info:
chochor@techdive.pl lub telefoniczne +
Kursy trimixowe są organizowane - w trybie indywidualnym.
Wywiad z Chochorem w Radio PIN
Rozpoczęliśmy współpracę z CN Nautica w Wawie, gdzie Chochor jest odpowiedzaolny za część związaną z nurkowaniem technicznym.