Techdive
TechdiveMapa WitrynyKontakt
Newsletter
Wyjazd do jaskiń maj 2008 - trochę deszczu, wysokiej wody i fuck'upów. Drukuj Email
Wpisany przez Andrzej Golka   
Niedziela, 31 Maj 2009 08:20

Zaczęło się spokojnie. W grudniu 2007 Rafał odezwał się do mnie z propozycją wyjazdu do jaskiń w Dordogne, w tym samym składzie, jak wtedy, gdy byliśmy na kursie. - Ok. Zdecydowałem, że poukładam sobie wszystko tak, żeby na koniec maja mieć tydzień wolnego. Termin się zbliżał, a ja coraz bardziej nie mogłem się doczekać wyjazdu.

Zaczęło się spokojnie. W grudniu 2007 Rafał odezwał się do mnie z propozycją wyjazdu do jaskiń w Dordogne, w tym samym składzie, jak wtedy, gdy byliśmy na kursie. - Ok. Zdecydowałem, że poukładam sobie wszystko tak, żeby na koniec maja mieć tydzień wolnego. Termin się zbliżał, a ja coraz bardziej nie mogłem się doczekać wyjazdu. Do Francji miałem lecieć prosto z Kijowa do Paryża, Dybik z Gdańska do Tuluzy, a Rafał startował Fiatem Scudo z Warszawy i miał nas wszystkich pozabierać z lotnisk. W przeddzień mojego wylotu, wieczerem, dzwonię do Rafała, bo ciekawy byłem, jak mu idzie podróż. Powinien był już wyjechać. A on mi na to. - Tak. Jadę. Ale swoim samochodem a nie Scudo. A Scudo jedzie przede mną na lawecie.
Myślałem, że Rafał żartuje. Ale to niestety nie był żart. Nowe Scudo przejechało parę metrów i ... zgasło. Mimo usilnych starań, nie chciało odpalić. Następnego dnia rano miało wjechać na serwis. Cały plan przesunął się o jakieś 14 godzin. Czyli czekał mnie przymusowy nocleg w Paryżu. Ok, zdarza się. Następnego dnia Rafał wyjechał z Wawy po wymianie bezpiecznika w komputerze w Scudo, a ja zarzuciłem na ramię torbę ze szpejem, w Taxi i na lotnisko. Po check Inie i oddaniu bagażu, pani "pograniczniczka" nie chiała mi uwierzyć, że jestem Polakiem. Wyjęła jakąś ściągę i zaczęła mnie odpytywać ze znajomości języka polskiego. Udało się. Stwierdziła, że i tak nie wyglądam na Polaka, ale mnie odpuściła. Start opóźnił się o jakieś 2,5 godziny, czyli lędowanie w Paryżu o 22.00. Po udanym lądowaniu i odebraniu bagaży, z mapką w ręku, dziarsko ruszyłem w kierunku strzałeczek z napisem RER, w kierunku pociągu, którym powinienem dojechać prawie pod sam hotel w Paryżu. Ba! Z RERa tylko jedna przesiadka na różową linię metra, jeden przystanek i jestem na miejscu. Do RERa ledwo doszedłem, bo okazało się, że lotnisko De Guella jest dużo, dużo większe niż Warszawskie i Kijowskie razem wzięte. W RERze byli sami kolorowi. Wyglądali jak murzyni, gdzieś w centrym Bronxu. Im bardziej uświadamiałem sobie na jaką sumę mam sprzęt i ile mam gotówki przy sobie, tym bardziej żałowałem, że nóż mam gdzieś głęboko w torbie. W końcu stacja Gare de Nore. Wysiadka. Błąkałem się jakieś 15 minut targając 40 kg sprzętu, zanim odnalazłem właściwą linię. Udało się. Bezpiecznie dotarłem do hotelu. Spacerek po nocnym Paryżu i spać. Rafał z żoną podjechał pod hotel o 8.00. A ja byłem już po pysznym śniadanku. Za Paryżem zmieniłem Rafała za kierownicą. Wyjeżdzam ze stacji, jeszcze poprawiam ustawienia kierownicy i nagle Scudo zgasło... Znów padł bezpiecznik. Okazało się, że w Wawie Rafał też regulował kierownicę na włączonym silniku i był taki sam efekt. Szybko wymieniliśmy bezpiecznik (który był głęboko ukryty pod deską rozdzielczą) i w drogę. Po 500 km zabraliśmy Dybika z Tuluzy. Po drodze była tak silna burza, że chcieliśmy się schować po wiaduktem. Baliśmy się, że nam Scudo popłynie albo odfrunie. Pod wieczór byliśmy już na miejscu. Przywitał nas trochę rozdrażniony Robert i szorstko poinformował nas, że prawie w żadnej jaskini nie da się nurkować. Dwa tygodnie opadów spowodowały tak silne prądy, że nurkowanie w wielu miejscach stało się niemożliwe. Zakwaterowaliśmy się w bardzo sympatycznym miejscu, obok malowniczego zameczku. Niestety poza jedną sypialnią, pozostałe były tak maleńkie, że nie nadawały się dla dorosłych ludzi. Następnego dnia porozmawialiśmy z właścicielka bazy czy byłaby możliwość zmiany lokalu. Lynne powiedziała, że nie ma najmniejszego problemu! I, że ona wszystko pozałatwia z właścicielką poprzedniej kwatery. Niestety, Robert na nas się śmiertelnie obraził, że zmieniliśmy kwaterę. Ponoć pokrzyżowało mu to plany. Ale trudno. Sam powinien zrobić to samo co my.
Zamieszkaliśmy w przepięknym domku z dwoma łazienkami. Pierwszej nocy śniło mi się, że stoję na szafocie z pętlą na szyi i właśnie mam zrobić krok do przodu. Wierzę w znaki. Stwierdziłem, że to nie jest dobry znak, więc pierwszego dnia nie nurkowałem. Chłopaki nurkowali w Fontaine de Truffe. Rafała całkowicie zalało przez nieszczejną rękawicę. Woda w jaskini była podobno super, ale pech i tak ich nie ominął. Następnego dnia, również pojechaliśmy w to samo miejsce. Przy składaniu sprzętu okazało się, że w moim nowiutkim twinie jedna śruba jest za krótka. Ale Dybik miał ze sobą naprawdę WSZYSTKO i dał mi dłuższą śrubę do twina. Nurkowanko było przepiękne. Przejrzystość wody - ok. Przypomniałem sobie, jak to wspaniale jest szybować w podziemnych korytarzach. W końcu mogliśmy obejrzeć jak naprawdę wygląda wejście do tej jaskini. Poprzednio, na kursie, była to kałuża z brudną wodą. Teraz, cała niecka była wypełniona krystalicznie przejrzystą wodą, która przelewała się nad drogą i spływała do rzeki. Wejście nie było takie straszne jak to kiedyś się wydawało. Faktycznie, w jednym miejscu było dość wąsko, ale bez przesady. Do tej jednej, niewielkiej jaskini zjechali się nurkowie z Francji, Belgii i Czech. Wszyscy potwierdzili, że jest to jedyne miejsce, gdzie da się nurkować. Nawet tu, czuło się lekki prąd w kierunku wyjścia. Ale nie było kłopotów z przezwyciężeniem tego prądu. W drodze powrotnej, ten prąd był całkiem przyjazny. Wracaliśmy prawie nie ruszając płetwami przy minimalnym zużyciu powietrza.
Kolejnego dnia zaryzykowaliśmy sprawdzenia warunków nurkowych w Landenouse. We wrześniu, musieliśmy tam opuszczać sprzęt na linach o jakieś 6 metrów. Teraz, woda przelewała się z tej ogromnej studni, tworząc wodospad, łączący się z rzeką. Weszliśmy do wody. Zaczęliśmy dopinać stage. Zauważyłem, że Dybik, zaparty rękami, tkwi w jednym miejscu przy dziurze, gdzie woda znajdywała ujście. Myślałem, że poprostu sprawdza jak silny jest prąd wypływającej wody. - Dobra, odklejaj się Dybik i zanurzamy się! - rzuciełem w stronę Dybika. On mi na to przez zaciśnięte zęby - Niedam rady... - Pomyślałem, że jaja sobie robi, więc rzuciłem jeszcze raz. - Dasz radę sam wyleść? - Nie dam rady! - powtórzył niepewnym głosem. Oho. Problem. Błyskawicznie uwolniłem się ze sprzętu (dzięki mojej niedirowej klamereczce) wyskoczyłem na brzeg i złapałem za Dybika, próbując go wyciągnąć. Wspólnie z niemieckim nurkiem, który czekał na naszą relację o warunkach w jaskini i wspólnie z żoną Rafała (która była w ciąży), udało nam się go wyciągnąć. Niestety stracił przy tym D9, ale nie spadł w 10 metrowy wodospad. Po chwili odpoczymku znów się ubrałem i byliśmy gotowi do zanurzenia. Odpalamy latarki. Moja nie działa. Fuck, była przecież naładowana. Prawdopodobnie coś nie styka na złączu akumulatora. Nie ma innej rady, jak znów się rozebrać, otworzyć pojemnik akumulatora, rozłączyć i załączyć akumulator. Zadziałało. Znowu ubieranie sprzętu. Rafał pyta się mnie, czy chcę nurkować. Przecież trochę tych znaków już było. Ale ja czułem się rewelacyjnie i chciałem nurkować. Zanurzenie. W czyściutkiej wodzie widzimy dziurę w dnie, która jest wejściem do tej jaskini. Dybik wchodził pierwszy. Z trudem, pod silny prąd, wpłynął na 2-3 metry. Po chwili wystrzeliło go na zewnątrz, jak szmacianą lalkę. Ja spróbowałem wypuścić całe powietrze z BCD oraz suchacza i zanurzyć się płetwując ze wszystkich sił. Niestety, po kilku sekundach walki, również zostałem wystrzelony na zewnątrz. Gdy Rafał zobaczył co z nami się dzieje, poprostu pokazał kciuk uniesiony do góry. Jaskinia poprostu nas nie chciała. Kolejne nurkowania robiliśmy już tylko w Fontaine de Truffe. Żartowaliśmy, że teraz możemy już uchodzić za ekspertów od tej jaskini, nurkując tam tyle razy. Był plan, żeby przejechać się do Font Estra Mare, niedaleko granicy z Hiszpanią. Niestety, nic z tego nie wyszło. Dowiedzieliśmy się od Lynne, że poprzedniego dnia utonął tam Czeski nurek i policja ustanowiła zakaz nurkowania.
Pomimo, że nurkowania były tylko w jednej jaskini, to jesteśmy szczęśliwi, że tam byliśmy. I tak, bogatsi o nowe doświadczenia nurkowań, których przecież nie można porównać z żadnymi innymi, wróciliśmy do domów i pracy.

Ps: Wyjazd turystycznie rewelacyjny. Zwiedziliśmy Tuluzę, Paryż, dwa zamki nad Loarą, przepiękną suchą jaskinię, jedliśmy wyśmienite jedzenie w malutkich, miejscowych restauracyjkach, piliśmy najlepsze na świecie wino.
Przerzucajac bagaże i przeskakując nad bramkami metra na lotnisku de Guella w drodze powrotnej, jakoś udało się cało wrócić do domu i opisać dla Was nasz wyjazd.

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Nasze foto

okiem_cegly_6_20090624_1352815358.jpg

ekologia

news

Kursy

1Marcin Chochorowski - Chochor
Kursy nurkowania technicznego:

 

Chochor wyszkoli Cię na podstawie własnej wiedzy, doświadczeń w oparciu o standardy TDI. Chochor jest jednym z najgłębiej nurkujących Polaków, więc wie co robi.
Zapisy i info:
chochor@techdive.pl lub telefoniczne +48503353348 .
Kursy trimixowe są organizowane - w trybie indywidualnym.

Wywiad z Chochorem w Radio PIN

- Blog Chochora -  Życie instruktora

- Blog Golasa - Życie w Ukrainie

Wyjazdy

Rozpoczęliśmy współpracę z CN Nautica w Wawie, gdzie Chochor jest odpowiedzaolny za część związaną z nurkowaniem technicznym.

toplogo

Reklama

Nasz kalendarz

<<  Marzec 2010  >>
 Pn  Wt  Śr  Cz  Pt  So  N 
  1  2  4  5  6  7
  8  911121314
151618192021
222325262728
2930    

Wyszukiwarka

Logowanie



We have 20 guests and 0 members online
No users online.
All rights reserved © Copyright www.techdive.pl
Wszelkie prawa do publikowania, prezentowania, innego wykorzystywania materiałów i zdjęć zastrzeżone. W sprawie wykorzystania informacji i zdjęć wymagany jest kontakt - info@techdive.pl
For questions about this website or photos, please email info@techdive.pl