|
Od wczoraj chłopcy namawiali mnie na wyjazd, bo nie planowałem weekendu nurkowego. No, ale jak dowiedziałem się, że Chochor jedzie ze Szczecina, żeby z nami pojechać, to nie mogłem odmówić.
Piątkowy poranek w fabryce. Siedzę lekko otumaniony lekami przeciw alergicznymi przed monitorem. Leniwie przeglądam pocztę i zadania do wykonania. Już za kilka godzin weekend i trasa na Hańczę. Tam nad wodą, czuję się o tej porze roku najlepiej. Nad wodą jest najmniej pyłków, na które reaguję kichaniem, katarem i łzami. Wystarczy, że zimna woda obmyje mi twarz i zacznę oddychać powietrzem z butli pod wodą, mija katar, łzy i kichanie. Nie wiem jak inni alergicy, ale ja w czasie wiosennych alergii nie mam w ogóle problemów z przedmuchiwaniem się pod wodą. Od wczoraj chłopcy namawiali mnie na wyjazd, bo nie planowałem weekendu nurkowego. No, ale jak dowiedziałem się, że Chochor jedzie ze Szczecina, żeby z nami pojechać, to nie mogłem odmówić. Dojeżdżając do pracy, usłyszałem dziwne dźwięki wydobywające się z pod maski busika. Zakombinowałem tak, że udało mi się wyrwać z pracy do Mechesa, żeby osłuchał moje maleństwo. Niestety, diagnoza nie była korzystna. - Ja bym nim nie jechał. - oświadczył Meches. No i musiałem zostawić kruszynkę w warsztacie. Robert - Meches, jest znakomitym specjalistą mechanikiem (nurkującym oczywiście). O jego klasie i jakości świadczy to, że najbliższe terminy to minimum 1,5 tygodnia, a warsztat jest schowany gdzieś za szlabanami, gdzie dookoła biura i hurtownie. Trudno, co robić. Telefon do Krynia burzący nasze plany. Busikiem mieliśmy jechać ja, Kryniek, Chochor i Trotyl. A teraz troszkę się to rozjechało. Ja miałem zostać w domu. Nawet myślałem, że będę mieć cichy, może nawet romantyczny, weekendzik. Niestety nic z tego. Po powrocie do fabryki, około 12 dzwoni Chochor i składa mi propozycję nie do odrzucenia. Jest dla mnie miejsce w Jeepie Cegły, który specjalnie wynajął przyczepkę, żebyśmy mogli się wszyscy zabrać. Trudno, co robić. Jedziemy! I ruszyły auta z różnych stron miasta w jednym kierunku. Ekipa była mocna. W Jeepie Chochor, Cegła, dwójka znajomych Cegły i ja, w Fordzie Trotyl, Kryniek i kursant Trotyla i 18 butli, w Toyotce Agnieszka, Zofka, Gros i Słoń. W sumie parszywa 12 starych znajomych. O dziwo, dojechaliśmy na miejsce w bardzo przyzwoitym stanie, około godz. 23. Do spania jakoś nikt się nie rwał, więc posiedzieliśmy do . chyba do 2.00. Następnego dnia, przywitała nas przepiękna pogoda. Stwierdziliśmy, że "najlepsza ekspozycja świetlna" jest po po godz. 12, więc nikomu się nie spieszyło. Po śniadanku, załadowaliśmy sprzęt i pojechaliśmy na drugi parking. Tam powolutku, każdy w swojej parze, zaczęliśmy klarować sprzęt. Ja nurkowałem z kolegą Cegły. On miał 1,5 roczną przerwę w nuraniu, więc omówiłem drobiazgowo plan naszego nurkowania, znaki i postępowanie w sytuacjach awaryjnych. Ubraliśmy sprzęt, sprawdzenie sprzętu, i zejście do wody. Po zanurzeniu, już czułem, że warunki są niezłe. Przejrzystość wody zachęcająco zapraszała na ściankę. Na płytkiej wodzie, na kolankach przećwiczyliśmy, oczyszczanie maseczki, dzielenie się powietrzem itp. Kolega świetnie sobie radził. Jakby wcale nie miał żadnej przerwy. Ok., przybicie piątki i popłynęliśmy nad krawędź ścianki. Płynęliśmy unosząc się w przejrzystej wodzie jak w przestrzeni, podziwiając imponujący masyw ścianki. Wpłynęliśmy nad pięknie widoczny w całej okazałości kanion. Dalej, za pniem drzewa, zawróciliśmy. Kolega był w piance i nie było sensu go wychładzać. Nurkowano trwało dokładnie tyle, ile zaplanowaliśmy, czyli 30min. Na drugiego nureczka, wziąłem sprzęt Krynia. Stalowego twina z dwunastek i nitroksik 50. Krynio troszkę przerobił swoje skrzydło - zgumkowanego Divesystema. Poprzeplatał długą gumę na krzyż przez oczka na bokach jacketu, które służyły wcześniej do stabilizowania krótkich gumek dookoła worka. Powstało coś w stylu worka Custom Divers - swobodny worek ze zgumkowanymi bokami. Ubrałem się w to coś, wziąłem stage'czyka i do wody. Już podczas zanurzania zauważyłem, że jest ok. - powietrze z worka wychodziło bardzo szybko. Na 10 meterkach zrobiłem zawis, żeby dokładnie sprawdzić konfigurację. Dobrze, że byłem troszkę przeciążony. Mogłem komfortowo używać suchara i testować działanie "popsutego" przez Krynia skrzydełka. Stabilizuje bardzo ładnie. Wyraźnie słychać jak powietrze, bez najmniejszych problemów, przelewa się ze strony prawej na lewą i odwrotnie. Wypuszcza się przez inflator, również bez najmniejszego problemu. Ok., skrzydełko sprawdzone. Jeszcze sprawdzenie automatów, zaworów, separatora i można skoczyć na chwilkę w mroki Hańczy. Na 31 metrze, spokojnie opadając po konturze stromego dna, włączyłem latareczkę. Przejrzystość ok. Gdzie świeciłem, tam widziałem. Zatrzymałem się na 43 metrze. Wisząc około 1,5 metra nad dnem, spokojnie rozejrzałem się dookoła. W tych ciemnościach świecąc dookoła latarką, wyraźnie widziałem zarys, opadającego w dół stoku. Gdzie niegdzie jakieś patyczki, kilka skorupek raków. Ten wyjątkowo surowy krajobraz przypomina mi, że jestem tu tylko gościem. Na takich głębokościach, dna jezior to cmentarze wszystkiego, co żyje w płytszych jego częściach. Bywa, że takie miejsca zatrzymują też i ludzi. Pewnie, dlatego, że środowisko wodne jest nam już od dawna obce i nie jesteśmy tam zbyt mile widziani. Wystarczy trochę ludzkiej brawury, braku doświadczenia, słabego sprzętu i jak skropimy to odrobiną ludzkiej głupoty to jeziorko może nas z powrotem nie wypuścić. Czule przywitałem się z delikatnie łaskoczącą zmysły Azotóweczką. Kontrola ilości powietrza, czasu, i wszystkiego tego mi wyświetla mój Nitek, żeby przekonać się, że nie jestem za bardzo uwiedziony przez Panią Azotóweczkę. Wszystko było ok. Zacząłem powolutku wracać do góry. Na 35 metrze, na stoku coś dziwnego. Podpływam bliżej i w świetle latarki widzę ubraną świąteczną choinkę! Myślę sobie, że albo mam jakąś jazdę albo faktycznie tam jest. Chyba jakaś ekipka, chciała sobie urozmaicić n-te nurkowanie na Hańczy. Nie dziwię się, bo przecież znamy tę ściankę na pamięć, a podwodnych atrakcji mało. Na 30 metrach można było wyłączyć latarkę. Światło coraz śmielej przedostawało się chłodne wody Hańczy. Popołudniowe promienie słońca pięknie oświetlały masyw ścianki, który był widoczny doskonale, w całej okazałości. Nitroksik po kilku minutach załatwił, że deko gdzieś się zgubiło i mogłem wracać na gorący obiadek. Jeszcze tylko treningowo wysłałem w górę nowiutką, DiveSystemową bojeczkę na nowiutkiej błyszczącej stalowej szpulce z dużym otworem (też Divesystem). Powiem szczerze, że obsługa szpulki w suchych rękawicach nie jest zbyt przyjemna. Najbardziej denerwujące jest podczas zwijania, przycinanie linką koniuszków palców rękawicy. W efekcie zwija się linkę raz na jedną stronę szpulki, później po odwróceniu szpulki, na drugą stronę. Po wynurzeniu, palce mi tak zmarzły, że miałem wrażenie jakby tysiące igiełek wbijały mi się w ich koniuszki. Zauważyłem, że dłonie najbardziej mi marzną, jak czegoś dotykam pod wodą lub coś trzymam. Być może dlatego, że podczas dotyku, ściskamy warstwę termoizolacyjną z powietrza i polaru rękawicy wewnętrznej i efekt jest taki, jakbyśmy cały czas dotykali czegoś zimnego i ręce wychładzają się o wiele szybciej. A może, po prostu tak jest, bo tak ma być w zimnej wodzie. Na powierzchni szybkie pakowanie sprzętu i obiadek u Słowików. Po obiedzie, zorganizowaliśmy sobie sielankę na Mostach w Stańczykach. Była sheeshaa, napoje chłodzące, których dwóch kierowców (w tym i ja) niestety nie mogło spożywać. Podziwianie zachodu słońca na mostach w Stańczykach jest naprawdę wspaniałym, niemalże duchowym doświadczeniem. Tak bliski kontakt z przyrodą skłonił nas do tego, żeby po kolacji pojechać na trzeci parking. Tam, aż wstyd pisać - bo to przecież strefa ciszy, nasza nurkowa brać śpiewała polskie piosenki, wesoło podrygując w ich rytmie. Później wraz z Trotylem zastanawialiśmy się, jakie mogły być zasady australijskiej dyscypliny sportu ludowego - rzutu karłem. No i zaczęliśmy próbować siły w tej dyscyplinie, rzucając . Zofką. Stopniowo zwiększając odległość między nami. Przy dwóch metrach, Zosia, tak uczepiła się Trotyla, że nie dała się rzucić. Gdy troszkę zaczęliśmy marznąć, wróciliśmy do Słowika. A tam nurkowa brać dalej cieszyła się ze wspólnego pobytu. Następnego dnia, nurkowałem tylko ja, Cegła i jego kolega. A nurkowa brać oczywiście brała udział w nurkowaniu! Co prawda był to udział pośredni, ale zawsze był to jakiś udział! Po dwóch nureczkach, pierwszym solo a drugim, weryfikującym umiejętność pływania w suchaczu trójki znajomych, spakowaliśmy się i wyruszyliśmy do Wawy. Około godz. 23 byliśmy na miejscu. Każdy z nas, z głową pełną pozytywnych wrażeń i wspomnień poszedł spać, żeby następnego dnia, rozpocząć kolejny tydzień pracy, domu, tzw. normalności. A potem znów będzie piątek i znów razem ruszymy gdzieś ponurać.
Andrzej Golka
|