Techdive
TechdiveMapa WitrynyKontakt
Newsletter
Wolna wola Drukuj Email
Wpisany przez Ulak   
Wtorek, 01 Grudzień 2009 15:17

milos

Historia płetwonurka i Morza Czerwonego -

Miloš Jendral by Ula Copeland

Poznaliśmy się w 2003 roku, w dniu, gdy po raz pierwszy moje stopy dotknęły egipskiej ziemi o dziwnie zabarwionym na czerwono górzystym terenie. Po kikugodzinnej podróży rozklekotanym busem z miejscowości Sharm El Sheik dojechaliśmy wreszcie do małej wioski na Półwyspie Synaj – Dahab. Jak wielu innych płetwonurków z Polski i innych krajów świata, ta mała wioseczka stała się punktem odniesienia, miejscem gdzie wraca się przez lata, poznaje miejscową i światową kulturę, ale przede wszystkim w gronie jednych z najlepszych światowych płetwonurków rozpala miłość do nurkowania. Jednym z moich pierwszych mentorów tego sportu był słowacki płetwonurek - Miloš Jendral, od lat mieszkający wówczas w Dahab i właśnie o nim bedzie ta historia. Trudno ubrać w słowa jakie wrażenie w kraju ludzi o beżowo zabarwionej skórze i czarnych włosach robi tubylec o rozjaśniochych słońcem i słoną wodą długich i kręconych, niemal białych włosach, brązowej od słońca skórze i błękitnych oczach. Pasją i miłością do nurkowania zaraził nie jednego adepta, który zgłosił się aby nurkować pod jego skrzydłami.

m2

Ula: Milosz, od wielu lat mieszkasz nad brzegami Morza Czerwonego. Powiedz jak to się zaczęło, jak mieszkaniec Słowacji trafia w tak egzotyczne rejony świata i czy to właśnie nad Morzem Czerwonym zaczęła się Twoja przygoda z nurkowaniem?

Miloš: Można powiedzieć, że o wszystkim zadecydował przypadek. W 1992 roku jako student podróżowałem z plecakiem po Egipcie. Pływając w Aswanie na feluce (mała łódź) spotkałem parę podróżników z południowej Afryki i Anglii, którzy jako pierwsi opowiedzieli mi o Dahab. Nie miałem wystarczająco dużo pieniędzy aby tam dotrzeć lub inaczej, mogłem tam dotrzeć i nie mieć pieniędzy na powrót do kraju. Nowi znajomi opowiedzieli mi o ich pracy w Izraelu i zaproponowali mi abym też tam chwilę popracował. Miejsce zauroczyło mnie na tyle, że przez kolejne lata wracałem do Izraela i Egiptu na moją studencką przerwę wakacyjną. Moją największą pasją wówczas była wspinaczka, ale gdy w 1999 roku wyjechałem do Izraela na dłużej, bo już na 4 i pół roku, i nie było tam dla mnie gór do zdobycia, trzeba więc było znależć sobie nowe hobby. No i padło na nurkowanie. Wcześniej, przed przeprowadzką do Izraela w 1998 roku zrobiłem w Eilate na "Dolphin reefe" swoje pierwsze intro w towarzystwie delfinów. Los chciał, że później pracowałem tam jako nurek przez przeszło dwa i pół roku, tam też stałem się instruktorem.

Ula: W jakich krajach zatem mieszkałeś i nurkowałeś przez te lata? Co Cię w nich urzekło? Jak wspominasz sytuację polityczną w tamtych czasach?

Miloš: Długo mieszkałem w Izraelu i Egipcie. Zwiedziłem Jordanie, Turcję, byłem na Cyprze, Rhodos i Krecie. Rok 1993 i 94 wspominam jako wymarzony dla podróżujących z plecakiem po krajach Morza Czerwonego. Ludzie życzliwi i pomocni, paradise dla stopowiczów. Wszystko zmieniło się po ataku w Luksorze w 1994 kiedy turyści przestali z dnia na dzień przyjeżdżać do Egiptu. Młodzi, czuliśmy się jak herosi, gdy latem '94 roku latem podróżowaliśmy po zachodnich oazach (Baharia, Farafra, Dakhla, Kharga), a potem po Egipcie. Ludzie witali nas jak byliśmy byli "E.T.". Przemierzaliśmy piechotą miasta, za nami powolutku podążał pickup z żołnierzami, którzy nas chronili. Nie zauważaliśmy tego na początku, nam było wszystko wolno, tylko oni się o nas troszczyli.

Polityka to jedna rzecz a normalni ludze to druga. W latach 2004 i 2005 na Synaju organizowaliśmy safari nurkowe do Dahab i okolic Sharm El Sheik dla turystów z Izraela. Spółkę prowadziliśmy we troje: Izraelczyk, Egipcjanin i ja, Słowak. Każdy innej wiary, z innego kraju, nawet z różnych kontynentów, uwierz mi, nie mieliśmy politycznych bądź religijnych problemów. Jedna wiara wspólna: nurkowanie. Tak naprawdę na całym świecie ludzom wystarczy żeby mieli spokój, dobre miejsce do życia i coś do jedzenia, zabawę dla siebie i swoich dzieci. Reszta jest nie ważna. Mali ludze się zawsze jakoś dogadają.

Ula: Zawsze imponowało mi z jaką łatwością potrafisz porozumieć się z ludźmi. Iloma językami władasz?

Miloš: Mówię o sobie, że mam dwa dary od Boga: szybko uczę się jezyków i lubią mnie psy. Będąc dzieckiem, w Czechosłowacji, uczyłem się w szkole czeskiego i słowackiego. Potem ruski (starsza generacja pamięta), a w gimnazji miałem niemiecki. W podróżach nauczyłem się angielskiego. W Izraelu hebrajskiego, a w Dahab polskiego. W tych językach mogę prowadzić kursy nurkowe, chodź nie mogę powiedzieć, że władam nimi całkowicie poprawnie. Tylko z arabskim jest słabiej, dogadam się z ludźmi, ale kursu nie przeprowadzę, już chyba jestem za leniwy. W Dahab powstał też nowy jezyk - "dahabczyzna" - słowa polskie, angielskie, czeskie, słowackie i arabskie razem i używasz, te które ci pierwsze przyjdą na myśl. Pomiędzy mieszkańcami Dahab działa fajnie, dla reszty świata zupełnie nie zrozumiały.

Ula: Myślisz, że nad Morzem Czerwonym zostałeś zaakceptowany? Jak odnoszą się do Ciebie tamtejsi ludzie?

Miloš: Myślę, że zostałem zaakceptowany i w Izraelu i w Egipcie, chodź troche to trwało. Ludzie czują czy przychodzisz z nimi żyć czy tylko na chwilę, w interesach. Ja lubię poznawać kraje do głębi. W wielu krajach mam przyjaciół na całe życie i to jest naprawdę wspaniałe uczucie. W Egipcie mam ksywę Gasus (szpieg), bo za długo mieszkałem w Izraelu.

Ula: Czy przejąłeś tamtejsze nawyki? W Egipcie żyjesz jak Egipcjanin?

Miloš: W Egipcie ludze są biedniejsi, ale za to częściej się śmieją. Egipcjanie nigdzie się nie śpieszą. Od nich nauczyłem się nie żyć w stresie i według zegarka. Spóźnił Ci się pociag albo autobus? Nie ma sensu się denerwować, bo on dzięki temu nie będzie tutaj szybczej. Zrób w tym czasie coś fajnego dla sobie, poczytaj książkę. Kiedyś ludzie byli bardziej wyluzowani, dzisiaj jest wiecej stresu. Zauważyliśmy raz z kumplem Danielem, jak bylismy w Bratysławie, ze jedynimi ludzmi śmiejącymi się na ulicy byliśmy tylko my dwoje. Reszta się gdzieś śpieszyła. Po ludzach, którzy przyjeżdżają na nurkowania też widać ten pośpiech. Na wakacjach też chcą mieć plan i nawet na tydzień nie przestają żyć według zegarka. A przecież o większości nurkowań na otwartym morzu, chodź tych z lądu też, decyduje matka natura, a nie nasze zegarki. Po co czasami robić plan, jak nie jest nawet pewne, że się jutro obudzimy, jaka będzie pogoda i czy morze będzie nam chciało pokazać swoje uroki...

Ula: W końcu udało Ci się dotrzeć do miasteczka w Egipcie, o którym usłyszałeś podczas pierwszej podróży nad Morze Czerwone? Opowiedz nam o Dahab z czasów kiedy dopiero się kształtowało, o hipisach, surferach i pierwszych odkrywcach tamtejszej rafy koralowej.

Miloš: W latach '60 wioskę Dahab tworzyły cztery rodziny beduińskich rybaków. Wkrótce potem miejsce odkryli izraelscy hipisi, a po nich "reszta świata". O tych czasach opowiedzieli mi znajomi z Izraela. Przyjeżdżali tam pod namioty i pod palmy. Raz na parę dni przyjeżdżał Beduin na "sierściuchu" (mowa o wielbłądzie) i przywoził im wodę, pitę i jakiś ser. W latach '80 powoli zaczęło rozwijać się miasteczko. Jak ja tam trafilem w 1992 były trzy bazy nurkowe, tylko w naprawdę dobrym sklepie mieli jedna żarówkę podłączona do generatora. W restauracjach tylko świeczki i na jedzenie czekało się nawet koło godziny. W dwóch miejscach można było kupić Stellę, w tamtych czasach tylko bezalkoholową. Pamiętam jak pewnego razu na urlop przyjechał amerykanski pilot śmigłowca i przywiózł lodówkę z piwem. Cały Dahab wiedział, że mamy piwo a impreza trwała dwa dni! W miejscu obecnego mostka na deptaku był parking dla sierściuchów i koni, a po deptaku śmigały jeepy i pickupy. Tak jak dzisiaj naganiają chłopcy do restauracji, w tych czasach sprzedawali haszysz i trawę, a zapach czuć było w każdej restauracji. Rafy były tak piękne i dziewicze, że normalny dzień na "snurku" na Lighthouse w tym czasie był lepszy niż najlepszy dzień nurkowy o 10 lat później.

Ula: Dahab jak magnes przyciąga światowej sławy płetwonurków. Opowiedz kogo tam spotkałeś, z kim nurkowałeś.

Miloš: Spośród 4 ludzi, którzy zanurkowali na ponad 300 metrow żyje trzech. O Nuno Gomezie, Marku Elyatie i Pascalu Bernabe słyszeli płetwonurkowie z całego świata. Spotkałem ich wszystkich w Dahab. W Dahab Nuno pobił rekord świata w nurkowaniu głębokim osiągając 318,5 m. Trzy tygodnie później Pascal zanurkował na Korsyce i ustanowił do dziś najgłębsze nurkowanie - na 330 metrów. Rekordy głębokości Polski, Słowacji, Rosji, Węgier zrobione zostały też w Dahab. Wiekszość rekordzistów różnych krajów mieszkało bądź nadal mieszka w Dahab, imiona jak Jurek Błaszczyk, Andrei Chistyakov, Lee Cunningham też są znane w świecie nurków. Dahab jest też miejscem treningowym dla wielu światowych freediverów.

Ula: Czemu zdecydowałeś się na wyjazd z Dahab i gdzie Cię to zawiodło?

Miloš: Znałem Dahab ze starych czasów. Rzeszę nurków przyciągneły jak magnes opowieści o pięknych rafach no i wtedy hipisowskim stylu życia jaki się tam wiodło. Niestety szybki rozwój turystyki, baz nurkowych, coraz wiecej ludzi chetnych zjeść rybkę w restauracji spowodowało, że z roku na rok Dahab staje się podwodną pustynią. Według mnie ostatnie dobre lata w Dahab były w 2003 i 2004. Kiedyś w każdym miejscu nurkowym można było spotkać jakiegoś lokalnego żółwia, napoleona, pokaźnych rozmairów mureny, czasami delfiny. A dziś, jak się pojawi gdzieś żółw, w Dahabie tydzień się o nim mówi. Najlepszym przykładem jest historia jednego grupera, który mieszkał w jaskini na "Caves". Mieszkał sobie przez lata olbrzymi aż miło było popatrzeć, dopóki któryś z nurków nie opowiedział o nim lokalnym chłopakom... Za 3 dni już wisiał na haku w restauracji na deptaku. Rybe zjesz raz, ale następnego dnia szukaj czegoś do oglądania pod wodą. I tak rok po roku robiło mi się smutniej i zdecydowałem się na wyjazd z Dahab. Chciałem w ogóle wyjechać z Egiptu, ale pogłoski o południu zadecydowały, że ostatni przystanek postanowiłem zrobić właśnie na południu, czyli w Marsa Alam.

Ula: Czy możesz nazwać się odkrywcą Marsa Alam?

Miloš: Nie mogę, jestem na to za bardzo spóźniony. Z moimi towarzyszami przyjechaliśmy do Marsa Alam w 2006 roku, gdy już były tam egipskie, włoskie i niemieckie bazy nurkowe z lat '90. To miejsce nie było jednak znane w Polsce, Czechach i na Słowacji, temu chyba troszkę pomogliśmy.

Ula: Czyli Marsa Alam było tchnieniem podwodnego życia, które trudno Wam było odnaleźć po latach w Dahab?

Miloš: Różnica jest ogromna. To było jak powrót do przeszłości i to o jakieś 15 lat! Rafy dziewicze, ryby na północy większe i nie boją sie nurków. W okolicy mieszka kilka stad delfinów, w sześciu miejscach spotkałem rekina, także nurkując z brzegu i w nocy. Czasami pojawiają się manty, przed tygodniem u nas, na domowej rafe też były. W każdej lagunie lokalne żółwie. Na Abu Dabab do spotkania na podwodnej łące rodzina dwunastu żółwi i dugong. Częstym widokiem są też wielkie mureny i klasyczna "zupa rybna" czyli ogrom gatunków marych rybek na koralach. Większość moich znajomych, którzy przyjechali po raz pierwszy do Marsa Alam już nie chce nurkować w innych miejscach w Egipcie.

Ula: Postanowiliście założyć tam bazę nurkową, ale inną niż wszystkie. Jaka jest idea 3WILL?

Miloš: 3WILL to znaczy swobodna wola. Chcieliśmy wybudować takie centrum nurkowe, gdzie by się nurkowało tak, jak jak sami byśmy chcieli być obsłużeni jadąc na nurkowanie do jakiejś bazy na świecie. Żeby mieli ludze swobodną wolę wyboru miejsca i czasu na nurkowanie. Żeby ich nikt nie naciskał na miejsce albo na czas, który pasuje bazie, ale żeby sobie sama grupa zadecydowała o tej rzeczy. Kolejną zaletą jest nurkowanie w małych grupach i jeśli jest to możliwe aby każdy zanurkował sobie do 50 barów. Próbowaliśmy robić ten rodzaj nurkowań już w Dahab ze swoimi klientami i sprawdziło się znakomicie. Potem kolejne bazy zaczęły promować podobny rodzaj nurkowań.

Ula: Gdzie udało Ci się jeszcze nurkować na świecie, co zrobiło na Tobie największe wrażenie?

Miloš: W Izraelu żyłem ponad 4 i pół roku niemal codziennie nurkując z delfinami na "Dolphin reef" w Elate, w Morzu Śródziemnym. Dzieki delfinom każde nurkowanie tam było przygodą. Uważam się jednak za dziecko Morza Czerwonego, tutaj zrobilem ponad 5 tysięcy nurkowań. Mam zanotowane jedno nurkowanie w Polsce, na jeziorze powidzkim (dzieki Bogdan,naprawde zrozumialem!!!) Nurkowalem też na Bali i na Komodo i myślę, że tam znalazłem miejsce na kolejną filię "3WILL". Na resztę świata jeszcze nie było czasu, ale miejsca mam zapisane w swoim zeszyciku jak Rainman.

Ula: Gdzie w takim razie czujesz się jak w domu? W Egipcie, na Słowacji...

Miloš: Kiedyś mowiłem, że moj dom to miejsce gdzie zrzucam swoją torbę i miskę dla psa. Dziewięć i pół roku moim kumplem w podróży był Bob, wodołaz, najlepszy pies na świecie. Niestety zestarzał się i skończył swoją podróż w Marsa Alam. Tam gdzie odpoczywa ma naprawdę piekny widok na Morze Czerwone. Dzisiaj mój dom jest tam gdzie moje kobietki - Asia i nasza córeczka Michaela.

Ula: Dla programu "Nature" nagrałeś film o podwodnym narciarstwie. Skąd zrodził się tak szalony pomysł przytargania do Egiptu narciarskiego ekwipunku i co to za wrażenie poruszać się pod wodą z deskami zamiast płetw?

Miloš: Idea powstała jeszcze w Dahab. Opowiadałem mojemu wspólnikowi, Pawłowi, że "Eel garden" byłby idealny do nart gdyby taki stok był gdzieś w pobliżu na powierzchni. Po krótkim namyśle zgodnie stwierdziliśmy, że łatwiej będzie ściągnąć narty pod wodę jak wyciągać całą rafe na powierzchnie. Narty przywieźli nam znajomi jeszcze do Dahab, ale to już było w czasie jak przeprowadzaliśmy się do Marsa Alam. Tam najpierw rozejrzeliśmy się za odpowiednim stokiem, potem pozostało opanować technikę "szusowania" pod woda. Na początku mielismy buty i narty, potem z Czech przyjechały do nas kijki, które, w rzeczy samej, bardzo się przydają. Narciarstwo podwodne nie jest proste, jest trochę problemu z obuciem pod wodą, prędkość też jest naprawdę mała i trzeba się odpychać. Na pewno pod wodą łatwiej wychodzą figury free style i też skoki a la Adam Małysz niczego sobie. Nie ma problemu z wyciagami i kolejkami, wystarczy BCD i jakiś kumpel co podciągnie spowrotem na stok. Narazie najgłębiej zajechaliśmy na 44 metry.

Mamy w głowach inne projekty, nawet bardziej zwariowane niż narty i czy je zrealizujemy to już nasza "free will". Chcemy zrobić dwa rekordy do ksiegi Guinessa, a jak się za to zabierzemy to napewno przy tym będziecie.

m1

Artykuł opublikowany w 2009 roku w miesięczniku "H2O"

Autor: Ulak

 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Nasze foto

okiem_cegly_23_20090624_1339066099.jpg

ekologia

news

Kursy

1Marcin Chochorowski - Chochor
Kursy nurkowania technicznego:

 

Chochor wyszkoli Cię na podstawie własnej wiedzy, doświadczeń w oparciu o standardy TDI. Chochor jest jednym z najgłębiej nurkujących Polaków, więc wie co robi.
Zapisy i info:
chochor@techdive.pl lub telefoniczne +48503353348 .
Kursy trimixowe są organizowane - w trybie indywidualnym.

Wywiad z Chochorem w Radio PIN

- Blog Chochora -  Życie instruktora

- Blog Golasa - Życie w Ukrainie

 

Nurkowania z Helu

 

Portal Andreya Chistyakova

 

Szpej, który lubimy

Reklama

Nasz kalendarz

<<  Wrzesień 2010  >>
 Pn  Wt  Śr  Cz  Pt  So  N 
    2  3  4  5
  6  7  9101112
131416171819
202123242526
272830   

Wyszukiwarka

Logowanie



We have 45 guests and 0 members online
No users online.
All rights reserved © Copyright www.techdive.pl
Wszelkie prawa do publikowania, prezentowania, innego wykorzystywania materiałów i zdjęć zastrzeżone. W sprawie wykorzystania informacji i zdjęć wymagany jest kontakt - info@techdive.pl
For questions about this website or photos, please email info@techdive.pl